iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O kocie,który się myszom nie kłaniał i reszcie zwierzyńca.

 Ślubny parę dni temu wpadł do domu wołając: "Dawaj kota". Ja zaskoczona: "Ale po co ci kot?". "Bo w gołębniku są myszy". Też mi nowina. "Tak nagle ci ten kot potrzebny? Będzie chciał to sam pójdzie połapać". "Trzy wpadły do pojemnika z ziarnem i nie potrafią wyjść" Złapał Księżniczkę i poleciał. Po jakimś czasie przychodzi klnąc. Pytam:"I jak, złapała myszy?" Gdzie tam, wsadziłem do pojemnika a ta jak nie pryśnie. Zobacz jak mnie podrapała." Na drugi dzień Księżniczka przywlokła do domu półżywą mysz. Chyba chciała udowodnić, że myszy się nie boi. 

Miki nauczł się wdrapywać na oparcie kanapy. Układa się na nim jak kot, więc chyba jasne od kogo się tego nauczył.

Nuka, czy też Nuk, 'awansowała' na psa łańcuchowego. Ince udało się go złapać i ślubny uwiązał. Psina nawet nie wygląda na pokrzywdzoną tą niewolą, a ja przynajmniej nie martwię się, że będę go musiała zeskrobywać z asfaltu.

Przez weekend pomagałąm Nice przygotować projekt na angielski, na dziś. Dzisiaj rano już po dostarczeniu dziewczyn do szkoły, zobaczyłam że projekt leży na półce. Chcąc nie chcąc musieliśmy pokonać dogę do szkoły ponownie. To dziecko kiedyś własnej głowy zapomni.

Inka utknęła na czwartym rozdziale swojej książki. Poinformowała mnie dziś, że jeszcze kilka dziewczyn z klasy zaczęło pisać książki. A dziewczyny z szóstej klasy powiedziały, że powinna pisarką zostać. No cóż, taki wiek, że rok starsza koleżanka to wielki autorytet.

Komentarzy: 0
Jestem nałogowcem? cd.

 Jeszcze trochę o czasie. Ślubny dziś niemal cały dzień spędził w gołębniku i z kolegami od gołębi. I co? On jest hodowcą czyli hobbystą, a ja mam niby być nałogowcem?

3. Konkursy pochłaniają pieniądze i to często niemałe. Zależy u kogo i w jakich konkursach. Za internet i tak płacę, więc jak wyślę zgłoszenie przez internet, nic mnie ono nie kosztuje. Czasopisma i tak kupuję (lubię poczytać) a jak rozwiążę krzyżówkę to czemu mam nie wysłać rozwiązania. Sms-ów wysyłam mało, zwykle jak nagrodą jest coś co naprawdę chciałabym wygrać. Nie łapię za telefon jak tylko zobaczę/usłyszę zdanie "wyślij to wygrasz" i nie biorę udziału tam, gdzie za sms chcą więcej niż 2 zł (+vat). W konkursach promocyjnych nie kupuję na zapas, a jeśli już to nie więcej niż byłabym w stanie zużyć w ciągu najbliższego miesiąca. Tego co wydaję na sms-y i znaczki pewnie i tak bym nie odłożyła, rozeszłoby się naewt nie wiem kiedy. A ślubny na samą karmę dla ptaków wydaje niemal trzy razy tyle co ja. Właściwie każde hobby kosztuje.

4. Czasem nie ważne jest o co się gra, ważny jest sam fakt wygranej. O rzeczy, które są mi naprawdę zbędne  i nie przydadzą się nikomu ze znajomych nie gram. Nie biorę też udziału w konkursach promocyjnych, gdzie nagrody sącałkiem fajne, ale musiałabym nabyć rzeczy zbędne. Ale z drugiej strony gdybym chciała grać tylko o to co jest mi naprawdę potrzebne, chyba faktycznie nie grałabym prawie wcale. Jak potrzebuję szamponu, to idę go kupić, a nie czekam, aż wygram. Ale jak wygram nie muszę kupować, aż nie zużyję tego wcześniej kupionego i tego wygranego. Potrzebna mi była nowa pralka, to odkładałam pieniądze i jak mnie było stać, kupiłam. Gdybym ją w tym czasie wygrała, pieniądze mogłabym przeznaczyć na coś innego. Ale czy teraz mam przestać grać tam gdzie są pralki do wygrania? Jeśli tylko pralki, nie biorę udziału. Ale jak do wygrania jest coś co bym chciała mieć, to przecież nie zrezygnuję dlatego, że mogłabym trafić pralkę, której nie potrzebuję.

5.Konkursomaniak traktuje innych graczy jako konkurencję. Wśród moich znajomych nie ma prawdziwych graczy, ale jak ktoś próbuje zagrać zawsze pomagam. Tłumaczę na czym dany konkurs polega, jak grać żeby mieć większą szansę na wygraną, jakie warunki spełnić, czego dopilnować żeby w razie wygranej nie okazało się, że ona przepadnie , bo nowicjusz o czymś zapomniał. Jesli chodzi o internetowych znajomych, jednych lubię, innych nie ale to wcale nie znaczy, że patrzę na nich wilkiem, bo zajmują się tym co ja.

To chyba główne zarzuty dla konkursomani. Jak coś mi jeszcze przyjdzie do głowy, napiszę.

Komentarzy: 0
Jestem nałogowcem?

 Ostatnio kilka razy spotkałam się z opinią, że konkomania to nałóg i trzeba z tym walczyć. Zaczęłam się zastanawiać czy rzeczywiście jestem nałogowcem i czy cierpi na tym moja rodzina. I w ogóle czy taki ten diabeł straszny jak go malują. Mnie się wydaje, że nawet jak to jest nałóg to ja nad nim panuję. Oczywiście to pewnie jeszcze jeden dowód na to, że jestem nałowym konkursoholikiem, bo przecież każdy nałogowiec wypiera się swojej choroby. Może spróbuję to sobie wypunktować.

1. Konkursy uzależniają, bo jak już człowiek raz wygra to chciałby wygrać więcej. Wniosek: jestem nałgowcem, bo faktycznie nie przestałam grać po pierwszej wygranej a raczej rozbudziło to mój apetyt na więcej wygranych. Ale taka już jest natura człowieka nie tylko gracza, że chce mieć więcej niż ma. Pracownik chce mieć większe zarobki, rolnik większe plony, sportowiec więcej medali, artysta więcej dzieł sprzedanych. I co, oni wszyscy też są nałogowcami? Wyślijmy cały naród na odwyk.

2. Konkursy zabierają czas, który poświęca się im a nie rodzinie. A gdybym ten czas poświęcała na oglądanie telewizji, ploteczki, balety z koleżankami? Nie byłabym nałogowcem, ale czy byłby on poświęcony rodzinie? Przecież jak dzieci chcą iść na spacer - idę, chcą zagrać - pogramy, nie chodzą głodne, brudne i zmarznięte.

Reszta później, bo właśnie rodzina domaga się abym poświęciła im trochę uwagi.

Komentarzy: 0
Batony na tony

 Tak się składa, że teraz są aż trzy konkursy z batonami. Jest 'smak na tak', 'kuszące przyjemności' i 'kinder bueno'. U mnie w domu już wszyscy się przyzwyczaili, że kupuję zwykle te produkty z których akurat jest promocja. Nie żebym robiła zaraz wielkie zapasy, ale jak margaryna to Delma, jak majonez to Winiary, jak kawa to Prima itd. Ze słodyczami jest podobnie. Kiedyś były cukierki, póżniej czekolada, a teraz batony.  W zasadzie staram się ograniczać słodycze dziewczynom i sobie. Ale moje pannice już wiedzą, że w tym okresie  mama patrzy przez palce na zjedzenie drugiego betona, chociaż wolno tylko jeden dziennie. Tylko goście czasem są zdziwieni, jak do kawy zamiast ciasta dostają batona. W dodatku przeze mnie osobiście rozpakowanego, delikatnie, tak żeby nie potargać kodu. Ślubny lubi do pracy wziąść coś słodkiego i po powrocie jest oczywiście rozliczany z opakowań. Tak więcgdy robię zakupy w koszyku zawsze ląduje kilka princess albo snickersów czy twixów. Kinder bueno kupuję rzadziej, ale to tylko dlatego że u mnie promocyjne są tylko w jednym sklepie do którego niezbyt często zaglądam. A przecież nie pójdę po same batony.

Wydaje się, że najłatwiej wygrać w smaknatak, chociaż nagrody najmniej cenne. Za jednego batona można wygrać 10 codziennie co godzinę pierwsze 50 osób. To daje 500 wygrywających dziennie. Teoretcznie, bo jak ktoś potrafi wygrywać, to przeważnie nie poprzestaje na jednym koncie. A wygrać jednak wcale nie jest tak łatwo. Ja gram z 20-sto procentową skutecznością, tj. wygrywa średnio 1 na 5 wysłanych kodów. Ponieważ jedna osoba może wygrać raz dziennie, gram zwykle do skutku, czyli aż wygram lub kodów mi braknie. Trochę dziwię sięsobie i ludziom że chce im się tak co godzinę grać. Ale to chyba chodzi o radość z wygranej. Sam fakt wygrania, powoduje, że nie myślę o tym iż ta nagroda w sumie nie jest wielką rewelacją. Znacznie bardziej fantastyczne są nagrody w konkursach princessy i kinder bueno. Ale tu wygrać to trochę tak jak w totka trafić. Nagród niewiele, ale za to cenne. Nie trzeba się zbytnio wysilać, ponosić dodatkowych kosztów (poza ceną batona). Po prostu wpisujesz kod i czekasz aż Cię wylosują. I chyba dlatego tak trudno wygrać. Bo grają zawodowcy, tacy co wysyłają setki zgłoszeń licząc na główną nagrodę. Mnie tylko ciekawi co z tymi wafelkami, bo rozumiem zjeść 1-2 dziennie, ale setkę? I grają tacy co i tak kupują te batony, bo nie trzeba wiele robić, a może się trafi wygrana.Ja sobie założyłam wysyłać co dzień nie więcej niż dwa kody. Jak będę miała wygrać to i ten jeden kod starczy. Dotychczasowy efekt batonowego szaleństwa: 4 paczki batonów, w dwóch pozostałych promocjach 0 wygranych, z tym że na kinderbueno wysłałam może ze 6 zgłoszeń. Tam wygranych jest więcej niż w princessie ale losowania co godzinę i trzeba co godzinę wysyłać nowe kody. Ale takie wygrane batoniki smakują lepiej niż te kupione. Mimo że są takie same.

Komentarzy: 1
c. d.

Ja sama zaliczam siebie do amatorów - hobbystów. Jednak raczej nie uważam sprzedaży nagród za coś złego. Niezależnie od tego czy ktoś włożył wiele wysiłku w przygotowanie pracy, wydał sporo kasy na sms-y, produkty promocyjne, poświęcił czas na zbieranie głosów, czy też po prostu miał fuksa, nagroda jest jego i ma prawo zrobić z nią co zechce. Lecz w pewnych sytuacjach szlag mnie chce trafić, mimo że nie uważam się za osobę zazdrosną, zawistną. Często w konkursie jest ograniczenie, że jedna osoba może wygrać tylko raz. Ja nieraz gram wtedy na różne osoby z rodziny. Można powiedzieć, że to jest naganne. Ale wygrane tych osób są ich wygranymi, mimo że to ja grałam. Kiedyś siostra wygrała blender w konkursie w którym mnie się nie poszczęściło. I jest to jej blender, mnie nic do tego co ona z nim zrobiła, chociaż to ja wysłałam zgłoszenie. Kiedy indziej  do wygrania są drobiazgi "dla pierwszych", wysyłam zgłoszenie na siebie, ale wiem że taki prezent chciałaby siostra, brat czy kuzynka. Wysyłam też zgłoszenie na te osoby. Ale jak nagroda przyjdzie to jest ich. I jeśli ktoś inny tak też robi nie uważan tego za coś złego. Ale jak ktoś wysyła zgłoszenia na różne osoby, a później te wygrane sprzedaje to trochę mnie wkurza. Jednak to pewna różnica wygrać coś z czego ktoś się ucieszy, a wygrać ludziom zbędne rzeczy a później jeszcze zabrać i sprzedać, bo skoro wysłałąm zgłoszenie to wygrane są moje.

A żeby nie było tak konkursowo. 

Moja Inka zaczęła pisać książkę, a mnie kazała szukać wydawcy. Ja w jej wieku pisałam wiersze i marzyłam, że zostanę wielką poetką. Niech sobie pisze, zawsze to jakoś wzbogaca wyobraźnię i poprawia słownictwo. A jak będzie dobre możnaby na jakiś konkurs wysłać. Czasem są konkursy dla dzieci gdzie trzeba coś narysować, przesłać jakąś wypowiedź. Dziewczyny ciężko jest namówić na tego rodzaju wysiłek. A wysyłanie w imieniu dzieci prac, które wykonali tak na prawdę rodzice uważam za nieuczciwość. A tak będę miała jak znalazł gotowca. 

Dziś na obiad ubzdurałam sobie kapuśniak. W tym celu nabyłam woreczek kapusty kiszonej.  I przekonałam się, że to może być przysmak kota. Otworzyłam woreczek, Księżniczka zmaterializowała się w kuchni i za wszelką cenę próbowała się dobrać do kapusty. Zaczęłam przekonywać Kitę, że nie będzie jej smakowało. Nie wyglądała na przekonaną, więc dałam jej trochę spróbować. A ona ku mojemu wielkiem zaskoczeniu zjadła i poprosiła o jeszcze. Miki też je kapustę kiszoną, ale on pochłania wszystko, nawet obierki z ziemniaków. 

I jeszcze mała historyjka na koniec. Odwiedził nas kolega ślubnego. Wie o moim bziku i zawsze pierwszym pytaniem jest "Co tam nowego wygrałaś". pokazałam mu telefon, wygrany już jakiś czas temu ale kumpel dawno u nas nie był więc nie widział. Jak już się pozachwycał zaczął dopytywać w jakim konkursie itp.  Wytłumaczyłam mu że w konkursie było do wygrania 500 toreb dla pierwszych osób (pokazując torbę) i 15 telefonów za najlepsze wypowiedzi, 5 takich jak mój i 10 takich jak telefon ślubnego. Jego mina - bezcenna. Dopiero wtedy się zlitowałam i przyznałam że telefon ślubnego kupiony, ale taki sam jak te co były do wygrania w tamtym konkursie.

Komentarzy: 0
Wygrane - sprzedane

 Czy sprzedawać nagrody? Właściwie to pytanie nie powinno zaprzątać mi głowy. Nie wygrywam dużo, nie są to cenne rzeczy i zużywam/wykorzystuję je sama z rodziną. Czasem trafi się nadmiar, lub coś niepotrzebnego, ale zwykle komuś wśród rodziny, znajomych się przydaje. W ostateczności wykorzystam to jako prezent. Ale co bym zrobiła z wygraną która naprawdę nikomu się nie przyda, albo z czymś zbyt cennym, żeby to tak po prostu oddać? Z jednej strony wydaje mi się, że sprzedaż wygranych to tak jakby własne szczęści sprzedać. Z drugiej wiele osób handluje nagrodami i nadal wygrywa i to sporo. Łatwo jest rozdać podkładki, lub torebki. Ale gdybym tak wygrała np. dwa telewizory? Ten który mam jest całkiem dobry. No może gdyby wygrany był lepszy, to bym wymieniła. A co z tym starym? Wśród znajomych mam kilka osób, którym naprawdę źle się powodzi więc ktoś by się z niego ucieszył. Ale co z drugim? Na prezent? Na imieniny za drogi, a wesela nie zdarzają się tak często. Trzymać aż się przyda? I co, będzie tak stał kilka lat? Oddać komuś? Coś tam w wygraną zainwestowałam: czas, pieniądze lub fantazję. I teraz tak po prostu oddać, chyba aż taką altruistką nie jestem. Sprzedać? I zaraz znajdzie się ktoś, kto uzna, że jestem zachłannym sępem, który bierze udział w konkursach, żeby mieć czym handlować. I że przeze mnie nie wygrał ktoś komu ten telewizor naprawdę jest potrzebny.

Oczywiście te rozważania są czysto teoretyczne. Na razie nie wygrałam ani jednego telewizora. 

Ale ten temat wzbudza zwykle wiele emocji.W somie konkursomaniaków można podzielić na dwie grupy: amatorów, którzy traktują konkursy jako zabawę  i zawodowców, którzy uważają, że skoro zainwestowali to musi się to zwrócić i przynieść zysk. 

Komentarzy: 0
Nuka

Jest u nas od jakichś 3 tyg.  Nie daj się złapać. Chociaż to bardzo towarzyski piesek. Jak tylko ktoś z nas jest na dworze, nie odstępuje na krok. A jak się przy tym cieszy, jak tańczy. Błąkała się ta bieda  po drodze przez kilka dni. Auta na nią trąbiły. W końcu dzieci ją nakarmiły i tak już zostało. Śliczna, sympatyczna mordka, długa, kudłata sierść, z tych raczej niedużych. Ślubny stwierdził - suczka. Inka znalazła imię - Nuka. Ja z początku przeciwna trzeciemu psu, skapitulowałam. Tylko jeden problem - kocha wolność. U nas ogrodzenie z siatki a piesek nieduży, zawsze jakąś dziurę znajdzie, albo pod tą siatką się przeciśnie. A złapać go na razie się nie udało. Co gorsza samochodów się nie boi, po drodze biega jak po podwórku. Wybrałam się na zakupy, po kilku metrach pies już biegł za mną. Dwa razy go zawróciłam, za trzecim machnęłam ręką. Kilka razy o mało zawału nie dostałam, widząc jak przabiega niemal pod kołami pędzących samochodów. Towarzyszył mi do sklepu i z powrotem. Z innymi czworonogami w dyskusje się nie wdawał, wolał obejść wielkim kołem. A najciekawsze, że suczka podlewała każde napotkane drzewo i słupy, podnosząc przy tym nogę jak każdy przyzwoity PIES.

I to by byłom na tyle... Przynajmniej jeśli chodzi o zdolności Ślubnego do rozróżniania płci czworonogów. A z gołębiami mu wychodzi......

Komentarzy: 0
"ty to masz szczęście"

Chyba każdy konkursomaniak przynajmniej kilkakrotnie słyszał to zdanie. I jeszcze: "z twoim szczęściem powinnaś w totka grać" i "ja to nigdy nic nie wygrałam -em". Czasem wypowiadane z podziwem czasem z zazdrością. Ale jak zacznę rozmawiać z taką osobą, wypytywać czy grała kiedyś, czy naprawdę nic nie wygrała, to albo słyszę  "nie ma sensu bo i tak nic nie wygram", albo "kiedyś wysłałem ale tylko kubek wygrałem".

A przecież to jest tak jak w reklamie totka: "Żeby wygrać, trzeba grać". I nie ma sensu nastawiać się od razu na główną wygraną, właściwie to na żadną wygraną. Na niektóre konkursy wysyłałam po kilkanaście zgłoszeń  i nic nie wygrałam, a na inne jedno i trafione. W ogóle dziwi mnie, że ludziom się wydaje, iż konkursy to zarobek (chociaż ponoć są tacy co się z wygranych utrzymują, ale ja nikogo takiego osobiście nie poznałam).

Dla mnie konki to po prostu hobby i jak w każdej innej pasji żeby mieć z tego przyjemność trzeba w nie trochę włożyć: pieniędzy, czasu, albo inwencji. Czasem wygra się nagrodę o wartości kilkuset złotych, a czasem kubek lub zgoła nic. A mnie te kubki i tak cieszą. W końcu "nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go".

A tak z innej beczki.

Zastanawiam się z czego robią, lub co dodają do tej mokrej karmy (w saszetkach) dla psów i kotów. Suche - zjedzą, puszkę - zjedzą, domowe - zjedzą, ale to wszystko bez większych zachwytów i emocji. Ale saszetka u moich zwierzaków wywołuje euforię. Taniec radości i wzajemne podkradanie z misek. Księżniczka musi dostawać na stołku, gdzie Miki nie sięgnie. A dzwięk otwierania saszetki potrafi je ściągnąć z najdalszego zakątka mieszkania.

 

Komentarzy: 0
Na początek.

 Na początek chcę napisać, że moje życie wcale nie jest takie szare.

Jest po prostu zwyczjne. Ale ten szary tak mi trochę pasował do konkursów, które jednak dodają mu kolorków.

Może powinnam się przedstawić. No cóż - ja to anka, jest jeszcze ślubny oraz Inka i Nika - moje pociechy. Pozostali domownicy to: Miki - pies, Księżniczka -kotka, Alfi - świnek  morski, Kubuś - kanarek i jeszcze rybki. Na podwórku są jeszcze dwie piesy: Żaba i Nuka, kury, gołębie i króliki. 

A ten blog będzie o moim koniku - konkursach, promocjach, itp. Jeśli ktoś będzie tu szukał konkursów i linków do nich, niestety nie znajdzie ich. Od tego są e-konkursy i inne strony, które się nimi zajmują. Tu będą raczej moje przemyślenia i "przygody" związane z konkami.

Komentarzy: 0